piątek, 30 stycznia 2015

Księga cmentarna - Neil Gaiman

Cześć!

Lubię literaturę fantasy, choć ostatnio mało jej czytałam. Przeglądając blogi (oczywiście), natknęłam się na nazwisko Neila Gaimana. Nazwisko skądinąd mi znane, ale jego utworów już nie czytałam. Udawszy się do biblioteki postanowiłam przygarnąć jakąś książkę tego pana i przekonać się, o co ten cały szum. Pierwotnie miałam w planach inną książkę, ale w końcu trafiła do mnie Księga cmentarna.
Tytuł sugerował jakieś mroczne historie i nie byłam do końca przekonana, ale gdy przeczytałam opis pomyślałam, a co tam, biorę! Nik jest chłopcem. Jednak nie takim zwykłym chłopcem. Gdy był malutki udało mu się przeżyć morderstwo całej rodziny. Schronienie znajduje na cmentarzu, gdzie opieką i troską otaczają go ... martwi. Oraz tajemniczy Silas. Chłopiec dorasta, staje się coraz mądrzejszy, uczy się nowych rzeczy. Czy jednak może całe życie mieszkać na cmentarzu? Czy Nik może być bezpieczny, gdy morderca jego rodziny wciąż żyje i nie zapomniał o małym chłopcu, który mu uciekł? Czego są w stanie nauczyć go duchy? I kim naprawdę jest jego opiekun, tajemniczy Silas? Oj, sporo pytań. 

Muszę przyznać, że Gaiman naprawdę zrobił na mnie wrażenie! Przede wszystkim samym pomysłem, dla mnie novum. Żywe dziecko wychowywane przez zmarłych (i nie do końca zmarłych...). Naprawdę autorowi udało się mnie zaskoczyć. Jak najbardziej pozytywnie, oczywiście. Księga cmentarna podzielona jest na rozdziały, każdy przedstawia jakiś okres życia Nika i jego przygody. Przygody związane nie tylko z samym cmentarzem, ale też światem zewnętrznym, który jest dla naszego bohatera równie tajemniczy, jak dla nas amazońska dżungla. Jak chłopiec poradzi sobie z życiem, skoro tak mało miał okazji do obcowania z nim?

Podoba mi się styl autora, to w jaki sposób prowadził narrację. Miło było przeczytać też wzmiankę o Krakowie :) Samo wydanie Księgi... również przypadło mi do gustu pod względem grafiki i doboru czcionki (okładka świetnie pasuje do treści)! Trzeba przyznać, że Gaiman ma wyobraźnię i ja na pewno na tym skorzystam - pożyczając kolejną książkę jego autorstwa. Chyba nie muszę mówić, że polecam? :)

czwartek, 29 stycznia 2015

Zakupy w s-h

Cześć!

Żeby nie było, że ostatnio tylko o książkach piszę, dziś pokażę moje najnowsze nabytki z second handu. Niestety zdjęcia są jakie są, ale mam nadzieję, że wybaczycie. Oto moje łupy:




Najbardziej zadowolona jestem z ostatniej spódnicy, choć ma pewną usterkę. Mam jednak nadzieję, że uda mi się jej jakoś zaradzić :)

środa, 28 stycznia 2015

Małe kobietki - Louisa May Alcott

Cześć!

Przed chwilą skończyłam czytać Małe kobietki autorstwa Louisy May Alcott. To pierwsza część cyklu o tej samej nazwie. Egzemplarz, który przeczytałam pochodzi z biblioteki i został wydany przez wydawnictwo Siedmioróg .
Małe kobietki zaliczaj się do klasyki literatury dziecięcej i młodzieżowej. Mimo, że ten okres mam już za sobą nie zniechęciłam się do tej książki. Widząc liczne pozytywne opinie postanowiłam i ja się z nią zmierzyć. I absolutnie nie żałuję. Wręcz jestem zachwycona :)

Pani March zostaje sama z czterema córkami, podczas, gdy jej małżonek poszedł na wojnę. Kiedyś dobrze im się wiodło, ale pan March stracił majątek pożyczając pieniądze przyjacielowi. Dziewczynki mają swoje obowiązki do spełniania i mimo, iż czasem narzekają, pani March swoim słowem nakierowuje je na właściwe ścieżki.Widać, że w tym domu mieszka miłość. Najgorsze co spotyka tę rodzinę to choroba pana domu a następnie jednej z dziewcząt. Z początku wydaje się, że to nic groźnego, jednak choroba przeistacza się w walkę na śmierć i życie.

Małe kobietki to opowieść urocza. Może niektórym wydawać się zbyt urocza, ale nie dbam o to :) Podobało mi się w niej wszystko. Pani March była bardzo mądrą kobietą i świetną matką. Każda z córek posiada inne, indywidualne cechy. Zarówno te dobre, jak i złe. Bo panny March to nie ideały. Jednak każda walczy ze "swym wewnętrznym nieprzyjacielem" i stara się poprawić, stale być lepszą. I to bardzo mi się w tej książce podobało. Jej wartość dydaktyczna jest duża. Nie chodzi o to, aby być ideałem, ale należy do dążyć do tego, aby być lepszym, pokonywać samego siebie, swoje przywary, wygodnictwo. 

Podoba mi się styl tej powieści. Szybko się ją czyta, na dodatek z ogromną przyjemnością. Polecam, nie tylko dzieciom :)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

A lasy wiecznie śpiewają - Trygve Gulbranssen

Cześć!

Jak kiedyś już wspominałam, na urodziny dostałam 2 wspaniałe książki. Jedna jeszcze czeka na półce (ale już niedługo), zaś drugą skończyłam wczoraj w nocy (właściwie to już dziś :)). Mowa o powieści norweskiego pisarza Trygve Gulbranssena A lasy wiecznie śpiewają. W tomie znajdują się dwie części: A lasy wiecznie śpiewają oraz Dziedzictwo na Björndal.
Zacznę od tego, że wydanie tej książki bardzo mi się podoba. Twarda okładka z obwolutą, wygodnie się trzyma, czcionka w sam raz :) Do takiej książki można wracać bez obawy, że rozpadnie się w dłoniach czy, że wzrok za bardzo zmęczy się odczytywaniem drobnego druku. A swego czasu czcionka była dla mnie bardzo ważna. Teraz też zwracam na to uwagę, ale chyba w mniejszym stopniu niż dawniej.

A lasy wiecznie śpiewają to rodzinna saga, gdzie autor skupił się głównie na dwóch pokoleniach. Akcja dzieje się na dalekiej północy, w osiedlu Björndal - Dolinie Niedźwiedzi. Jest to piękna opowieść o ludziach żyjących w osiedlu wśród lasów, trochę pogardzanych przez mieszkańców równiny. O ludziach twardych, nawykłych do życia w trudnych warunkach. O ludziach prostych, ale niezwykle mądrych. Żyjących w zgodzie z przyrodą. Dla których las, rodzina i Bóg są najważniejsi. Życie wśród lasów nigdy nie było łatwe i stawiało na drodze ludzi wiele pułapek. Zarówno ojciec Dag, jak i jego syn - również Dag musieli zmierzyć się z przeciwnościami losu, ale osobami, z którymi najwięcej musieli walczyć byli oni sami. Zmaganie z życiem to tak naprawdę walka z samym sobą. Walka z chciwością, z zazdrością, rozważania na temat Boga, który był bardzo ważny w ich życiu... Walka o miłość, o przetrwanie. 

Piękna to książka i wartościowa. Mam wrażenie, że autorzy skandynawscy mają swój własny styl. Ale to co w skandynawskich kryminałach czasem mnie drażni, tutaj było jak najbardziej na miejscu. Zdania są zwięzłe, trafiają w sedno. Pada dużo pytań, na które trzeba sobie odpowiedzieć. Styl tych zdań jest idealnie dobrany do ich treści. Długo tę książkę czytałam, gdyż oprócz niej, czytałam równolegle inne. Jednak wydaje mi się, że zyskałam na tym jej dozowaniu. Mogłam się nią dłużej cieszyć i pozostawać pod jej urokiem :)

sobota, 24 stycznia 2015

Powrót na wrzosowisko - Thomas Hardy

Cześć!

Do tej pory nie czytałam żadnej książki Thomasa Hardy'ego. A że na jednym z blogów autorka bardzo chwaliła tego pisarza, w końcu zdecydowałam się nadrobić zaległości. Na pierwsze spotkanie wybrałam Powrót na wrzosowisko i udałam się po nią do biblioteki. jestem już po lekturze i mogę podzielić się z Wami moimi wrażeniami.
Powieść skupia się na wrzosowisku Egdon oraz jego mieszkańcach uwikłanych we własne namiętności. Jedni kochają ten surowy krajobraz, inni go nienawidzą i pragną się z niego wyrwać za wszelką cenę. Owe skrajne postawy przejawiają Clym i Eustachia. Clym wraca do domu po pobycie w Paryżu i pragnie tu pozostać. Eustachia marzy o wyjeździe a swoją szansę widzi właśnie w Clymie. Nie dostrzega, a właściwie nie chce przyjąć do wiadomości, że młody człowiek wcale nie chce opuszczać tego miejsca. Mimo miłości, która ich łączy oboje nie rozumieją się nawzajem. Rozmawiają ze sobą, mówią o swoich pragnieniach, ale jednocześnie mam wrażenie, że zupełnie siebie nie słuchają. W ogóle ich charaktery są krańcowo różne. Clym jest spokojny, oddany matce, choć potrafił być nieustępliwy. Zachowywał pogodę ducha i zadowolenie, nawet w niesprzyjających okolicznościach. Eustachia zaś była pełna namiętności, dumy, pasji, żywa, pełna pogardy dla innych, niżej od siebie stojących w hierarchii społecznej, nienawidząca wrzosowiska, czasem lekkomyślna. Czy dwoje tak różnych ludzi może się pokochać prawdziwą miłością? Czy ta miłość ma prawo przetrwać?

Poza tymi dwoma postaciami poznajemy innych mieszkańców Egdonu. Matkę Clyma, przeciwną małżeństwu syna, Tomasinę - jego kuzynkę, która wyszła za mąż za wielbiciela Eustachii. Tegoż Wildeve'a, który był rozdarty między dwie kobiety. Venna kochającego Tomasinę i dążącego do jej szczęścia,nawet kosztem swojego. Poza tym, wiecznie bojący się Christian i jego żwawy ojciec oraz grupa ludzi utrzymujących się z pracy na wrzosowisku. Cała galeria postaci, niektóre mniej ważne, inne bardziej, ale wszystkie wplecione nawzajem w swoje losy oraz niezmienny Egdon.

Na początku, jak to u mnie czasem bywa, nie wciągnęła mnie ta książka, ale z biegiem czasu, gdy autor odkrywał przede mną całą gamę uczuć i emocji, które targały bohaterami zainteresowała mnie bardzo. Uczucia te były czasem sprzeczne, ale zawsze intensywne. Nie było półśrodków. Nie lubiłam Eustachii, ale czasem ją podziwiałam, za jej niezależność, nie dbanie o opinię innych. Clym zresztą też nie był ideałem - nie widział w Eustachii kobiety, którą była, ale taką, jaką życzył sobie widzieć.

Niektóre, pozornie błahe, wydarzenia miały ogromny wpływ na ludzi i determinowały ich losy, doprowadzały do niewspółmiernych konsekwencji. Powieść nie jest sielanką. Tak jak życie. Emocje, które targały ludźmi były tak żywe, mocne. Sporo miejsca autor poświęcił opisom osobliwej przyrody Egdonu. Trzeba przyznać, że Hardy potrafił operować słowem. Chciałabym kiedyś na własne oczy zobaczyć te surowe wrzosowiska, o których potrafił pisać w ten sposób.


piątek, 23 stycznia 2015

Placek "Kasia"

Cześć!

Bardzo lubię piec, ale nie miałam ostatnio za wiele okazji do tego sympatycznego zajęcia. Będąc na Wszystkich Świętych u Rodziców wykorzystałam okazję i upiekłam Kasię - pyszne ciasto z grysikową masą i migdałową nutą. Oto przepis:

Ciasto kruche:
- 3 szklanki mąki
- 7 dag tłuszczu
- 2 i 1/2 łyżki miodu
- całe jajko + żółtko (ja zwykle to żółtko pomijam)
- płaska łyżeczka sody
- 10 dag cukru
- ok. 4 łyżki kwaśnej śmietany

Z podanych składników zagnieść ciasto, podzielić na 3 części i upiec na złoty kolor (ok.20 min) na dece wysmarowanej tłuszczem i posypanej bułką tartą lub grysikiem.

Masa grysikowa:
- 1 i 1/2 szklanki mleka
- 6 łyżek grysiku
- 15 dag cukru
- 15 dag margaryny
- olejek migdałowy

Z mleka, kaszy i cukru ugotować grysik. Gdy przestygnie utrzeć z margaryną i olejkiem.

- powidło lub dżem (ja daję zwykle z agrestu lub czerwonej porzeczki - dobrze, gdy jest lekko kwaskowaty, wtedy świetnie równoważy słodycz masy grysikowej)
- cukier puder do posypania

ciasto-powidło-ciasto-masa grysikowa-ciasto-cukier puder
Najlepiej odczekać trochę przed krojeniem tego ciasta, aby zmiękło, bo może się łamać.

wtorek, 20 stycznia 2015

Hadżi Murat - Lew Tołstoj

Cześć!

Swego czasu w czeluściach starej domowej biblioteczki odkryłam krótką książeczkę autorstwa Lwa Tołstoja Hadżi Murat. Nie ciągnęło mnie do niej jakoś specjalnie, ale gdy przeczytałam Annę Kareninę doszłam do wniosku, że Tołstoj wielkim pisarzem był i chętnie zapoznam się z innymi tytułami. Zwłaszcza, że w wyżej wspomnianej biblioteczce, znajduje się również Wojna i pokój oraz Opowiadania o miłości tegoż autora. Tylko muszą grzecznie poczekać na swoją kolej :)
Jak widać książka jest "nieco" sfatygowana. Nic dziwnego - została wydana w 1954 roku, więc ma prawo taka być :)
Tołstoj opowiada nam historię Hadżi Murata - postaci historycznej, jednego z wodzów górali kaukaskich w XIX wieku. Akcja rozgrywa się na przełomie lat 1851/1852 kiedy to wspomniany wódz przechodzi pod "opiekę" Rosjan i oferuje im swoje usługi w zamian za uratowanie jego rodziny z rąk Szamila - dawnego kamrata. Okazuje się to nie takie łatwe, więc Hadżi Murat obmyśla jak wziąć sprawy w swoje ręce. Jak można się domyślać historia nie ma szczęśliwego zakończenia, choć wszystkich szczegółów się nie dowiadujemy (Tołstoj skupia się na postaci wodza, nie wiemy jaki był późniejszy los jego rodziny).

Trudno mi się odnieść do tej książeczki. Tematyka, którą porusza nie jest łatwa. Teraz też Kaukaz nie jest najbezpieczniejszym miejscem, również teraz jest tam niespokojnie, a Rosja nadal ma imperialne zapędy, jednak ta tematyka nie jest mi aż tak bliska. Polityka i wojny (również religijne) to nie mój konik. Jednak autorowi udało się mnie zainteresować na tyle, że byłam ciekawa jak to się skończy, choć - przyznaję - nie wszystko było dla mnie klarowne. Jednak Anna Karenina to zupełnie inny świat :)

Zwróciłam jeszcze uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze: wprowadzenie. Narrator podczas drogi do domu napotyka oset, który został przejechany przez wóz i, mimo, że był okaleczony, jednak próbował się podnieść. Właśnie ten oset przypomniał mu pewną kaukaską historię... Muszę przyznać, że moim zdaniem, to bardzo piękne, wręcz poetyckie porównanie. Z mojego opisu może tego nie widać, ale czytając pierwsze karty opowiadania zrozumiecie o co mi chodzi. Po drugie: autor zawarł w swojej książeczce krytykę cara Mikołaja. Szczególnie bliski był dla mnie fragment, który prezentuję poniżej*. Właśnie przez tą krytykę (jak podaje krótka informacja na końcu książki) cenzura carska dokonała pewnych skreśleń. Książka nie jest długa, mój egzemplarz ma około 140 stron, więc myślę, że miłośnicy Tołstoja mogą po nią sięgnąć, jednak ze względu na tematykę nie każdemu może się spodobać.
 * fragment pochodzi z książki Hadźi Murat Lwa Tołstoja, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954, s.87