poniedziałek, 19 czerwca 2017

Sceny z życia wiejskiego - Amos Oz

Cześć!

Niejednokrotnie wspominałam już, że uwielbiam wieś - zarówno w literaturze, jak i na żywo. Nawet na maturze jako temat ustnej wybrałam ten motyw. Nie dziwi więc, że od czasu do czasu sięgam po książki żywo związane ze wsią. Tym razem - nietypowo - padło na wieś izraelską, dokąd wybrałam się z Amosem Ozem.

Sceny z życia wiejskiego to moje drugie spotkanie z prozą Amosa Oza. Pierwsze - Nagle w głębi lasu - zaliczyłam do udanych, choć jest to pozycja raczej nietypowa w dorobku tego izraelskiego pisarza, ze względu na jej baśniowość oraz to, że może być skierowana zarówno do dzieci, jak i do dorosłych. 
Sceny z życia wiejskiego to zbiór ośmiu opowiadań. Siedem z nich rozgrywa się w malowniczej wiosce Tel Ilan na Wzgórzach Manassesa. Poszczególne utwory to swoiste miniaturki, obrazki z życia mieszkańców. Są tym, czym się wydają, nie mają żadnej puenty, nie wiemy jak potoczyły się losy poszczególnych mieszkańców wioski; są tylko urywkami z codzienności zwykłych ludzi. Tel Ilan  wydaje się sielankową wsią, a jednak tutaj też rozgrywają się mniejsze lub większe ludzkie dramaty. Taka wieś mogłaby w zasadzie istnieć wszędzie, czy to w Izraelu, czy w Polsce, czy w Ameryce. Inne byłoby tylko otoczenie: tu cyprysy i migdałowce, tutaj jabłonie i grusze, tu z kolei sekwoje. Poszczególne postaci przewijają się przez kolejne opowiadania tworząc malownicze i spójne tło dla każdej opowieści. Poznajemy przykładowo siedemnastoletniego chłopca zakochanego w sporo starszej kobiecie, ale także małżeństwo, które straciło jedynego syna. Każde z nich doświadcza różnych emocji i uczuć, a dominuje wśród nich melancholia, jakiś smutek, niespełnienie. Ot, takie ludzkie, szare życie, z chwilami zadowolenia, ale też okresami smutku. Melancholijna i nostalgiczna jest ta książka. Te dwa słowa w zasadzie oddają jej klimat.

Pomimo prostoty, proza Amosa Oza ma w sobie coś urzekającego. Na szczególną uwagę zasługuje sposób w jaki autor operuje słowem. Robi to naprawdę dobrze, nie sposób tego nie docenić. Nawet, gdy czytamy o rzeczach najzupełniej zwykłych i szarych, piękno słowa może nas zachwycić. Przyznam, że same opowiadania nie były jakieś bardzo porywające, ale warsztat autora mi to wynagrodził. Może poza pierwszym i ostatnim opowiadaniem, które podobały mi się najmniej. 

Tutaj muszę jednak ostrzec potencjalnych czytelników, aby nie traktować tych opowiadań jako typowych przedstawicieli tego typu utworów. Jak wspomniałam wyżej, to są obrazki, sceny z życia mieszkańców. Podglądamy ich w pewnych, krótkich momentach ich życia. I jeśli tak je traktujemy to jest w porządku. Jeśli oczekujemy od nich czegoś więcej - możemy poczuć się zawiedzeni. Akcja toczy się leniwie i nie zawsze dostajemy odpowiedzi na dręczące nas pytania. Jakby się tak dobrze zastanowić to wcale nie dostajemy odpowiedzi...

Ja z pewnością wrócę jeszcze do książek tego autora. Jest nietuzinkowy i pięknie operuje słowem. Jestem ciekawa czy inne jego książki też są utrzymane w tym niespiesznym klimacie co Sceny z życia wiejskiego.

Tytuł: Sceny z życia wiejskiego (Scenes from a Village Life)
Autor: Amos Oz
Strony: 197
Wydawnictwo: Rebis
Źródło: Biblioteka

niedziela, 18 czerwca 2017

Ciastka z kwiatami czarnego bzu

Cześć!

Jak wiecie lubię eksperymentować w kuchni. Sezon na kwiaty czarnego bzu już się kończy, więc postanowiłam go jeszcze wykorzystać do wykonania kruchych ciasteczek. Okazały się bardzo dobre i faktycznie czuć w nich tę kwiatową nutę. Oto przepis na ok 40-45 sztuk:

2 i 1/2 szklanki mąki
żółtko
200 g margaryny
4-5 łyżek cukru
cukier wanilinowy
4-5 baldachów z czarnego bzu
Z baldachów odrywamy kwiatuszki i odstawiamy na chwilę, aby wszystko co żyje zdołało zwiać :) Mąkę siekamy z margaryną, dodajemy pozostałe składniki i zagniatamy. Jeśli ciasto nie chce się zlepić, można dodać troszkę wody. Odstawiamy ciasto do lodówki na około godzinę. Po tym czasie rozwałkowujemy na ok. 4 mm, wykrawamy ciasteczka i pieczemy na nasmarowanej tłuszczem blaszce w 180-200 stopniach po ok. 20 minut. Ciastka mają się lekko zrumienić, ale nie za bardzo. Są naprawdę pyszne!

niedziela, 11 czerwca 2017

Sen nocy letniej - William Shakespeare

Cześć!

Od jakiegoś czasu miałam ochotę poznać historię zawartą w jednej z najsłynniejszych sztuk Szekspira - w Śnie nocy letniej. W tym celu pożyczyłam ją z biblioteki, zaczęłam czytać i ... przepadłam :)
W Atenach trwają przygotowania do ślubu księcia Tezeusza z królową Amazonek Hipolitą. W tym czasie do Tezusza przychodzi Egeusz, ojciec pragnący wydać córkę za Demetriusza. Problemem jest to, że Hermia kocha kogoś innego i to z wzajemnością. Lizander pragnie poślubić Hermię, jednak jej ojciec się nie zgadza. Smaczku dodaje fakt, że Demetriusza z kolei kocha Helena, do której ów kiedyś się zalecał (dopóki nie poznał Hermii). W związku z tym, że Egeusz jest nieprzejednany zakochani postanawiają uciec z Aten. Zwierzają się Helenie, lecz ta donosi o wszystkim Demetriuszowi. W ten swoisty miłosny czworokąt mieszają się na dodatek siły nadprzyrodzone, czyli król elfów Oberon i jego nieoceniony pomocnik Robert Filut, zwany Pukiem. Co wyniknie z tego zamieszania? Czy uda się ocalić miłość? Czy Hermia będzie musiała się nagiąć do woli ojca? I co wyniknie z interwencji elfów?

Skończyłam czytać i główną refleksję mam jedną - jakie to było dobre :) Znakomita sztuka, którą bardzo chciałabym obejrzeć na deskach teatru! Motyw przewodni jest dość wyświechtany i chyba częsty u Szekspira (piszę chyba, bo znam tylko kilka jego utworów; mam jednak zamiar sukcesywnie zapoznawać się z jego twórczością). Jednak został on przedstawiony w dość oryginalny sposób. Po pierwsze Szekspir sięgnął w Śnie nocy letniej do mitologii greckiej. Tezeusz to heros, który poślubił królową Amazonek. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że nasz dramaturg nie trzymał się ściśle mitów, tylko raczej użyczył sobie kilka postaci (też nie trzymając się ortodoksyjnie oryginałów). Po drugie wprowadził do swojego utworu elfy, które z kolei zapożyczył z mitologii germańskiej (przynajmniej tak twierdzą internety) i one były ukazane jako element nadprzyrodzony, mieszający się w ludzkie sprawy. Tutaj na wyróżnienie zasługują trzy postacie: kłócący się o pazia król i królowa elfów, czyli Oberon i Tytania oraz wspomniany wcześniej Puk, złośliwy duszek robiący ludziom mniejsze i większe psoty.

Sen nocy letniej zawiera w sobie pewne refleksje na temat miłości. Pokazuje jak silna może być nawet odtrącona miłość. Wszytko zaś odbywa się na pograniczu snu i jawy. Jednak sztuka jest bardzo lekka i przyjemna w odbiorze ze względu na elementy komediowe w niej zawarte. Najbardziej ujęli mnie ateńscy rzemieślnicy, którzy postanowili wystawić sztukę by uczcić małżeństwo Tezeusza i Hipolity. Cóż mogę powiedzieć - oni byli po prostu nieziemscy :) Niespecjalnie grzeszący rozumem, prości i pełni dobrych chęci. Ich troska o to, by nie przestraszyć dam była tak cudownie absurdalna, a lapsusy językowe tak komiczne, że nie sposób było się nie uśmiechnąć. Zresztą podobnie uważali widzowie komentujący na bieżąco przedstawienie. Przykład?
KLOC:
Tak jest, prezencję ma świetną, a nawet z wyglądu też całkiem przystojny. No i ten głos! Świetny tenor deliryczny. I dykcja bezbłędna. Kontradykcja też. W ogóle jego technika oralna... *

Prawda, że niezłe :) Tu na uwagę  zasługuje tłumaczenie. Bardzo chciałam przeczytać Sen nocy letniej w przekładzie Barańczaka i udało się. Uważam, że jest znakomity. Czytało się świetnie! Wielkie brawa :) Wydanie też mi się podobało, miałam to z fragmentem obrazu Botticcelliego (Primavera) na okładce.

Czy polecam? Oczywiście! Świetna zabawa i uśmiech na twarzy gwarantowany :)

Tytuł: Sen nocy letniej (The Midsummer Night's Dream)
Autor: William Shakespeare (Szekspir)
Strony: 120
Wydawnictwo: Znak
Źródło: Biblioteka

* Sen nocy letniej, William Shakespeare, akt IV, scena II, s .96

środa, 7 czerwca 2017

Sen nocy letniej - Arne Dahl

Cześć!

Do skandynawskich kryminałów mam stosunek mieszany. Swego czasu był na nie szał, a i teraz są bardzo popularne. Ja bardzo lubię trylogię Larssona, podoba mi się Horst, do Läckberg po dwóch podejściach jest 1:1. Zdaje się, że próbowałam też przeczytać jakąś powieść Marklund, ale nie przebrnęłam :) Nesbø przeczytałam jedną książkę i na razie nie mam ochoty na więcej. Ot, cała historia :) A jak było z Dahlem?
Jest czerwiec, zbliża się świętojańska noc. W Drużynie A - sekcji policji do spraw przestępstw międzynarodowych - następują spore zmiany. Na emeryturę odchodzi dotychczasowy szef Jan-Olov Hultin, a Paul Hjelm przenosi się do innego wydziału. W zamian policjanci dostają Lenę Lindberg i Jona Andersona. O ile Lena szybko się aklimatyzuje, o tyle Jon jest oddzielony od reszty jakby szybą i trzyma się zawsze z boku. Okazuje się, że ma ku temu powody. W tym okresie zmian trafia do nich kilka dziwnych spraw. Zabójstw pozornie nic ze sobą nie łączy, każde jest inne i dotyczy różnych środowisk. Jest jednak coś co je wszystkie łączy. Czy Drużynie A uda się powiązać wszystkie te sprawy i złapać mordercę? Co z tym wszystkim ma wspólnego donos na policjanta, członka Drużyny A - Jorge Chaveza? I czy Jon Anderson wreszcie znajdzie wspólny język z resztą zespołu?

Sen nocy letniej to szósta część z serii o Drużynie A. Ja zaczęłam od tego tomu i dochodzę do wniosku, że jednak lepiej czytać po kolei. Dlaczego? Otóż, nie mogłam do końca się połapać we wszystkich postaciach i nie mogłam załapać ich żartów i atmosfery panującej w grupie, do których - jak podejrzewam - stali czytelnicy mogli się przyzwyczaić.Przez to początek wydał mi się nieco ciężki. Poza tym czasem pojawiały się odnośniki do poprzednich tomów, które co prawda może nie były tak istotne dla fabuły, ale dla mnie było to irytujące, że nie wiedziałam o co chodzi. Jednak zaznaczam, że to nie wina samej książki tylko tego, że nie znam wcześniejszych tomów. 

Bohaterowie są ludzcy i da się ich polubić, choć i im zdarza się popełniać czysto ludzkie błędy, jak choćby odgrodzenie od Jona. Pracują naprawdę z oddaniem, a przy tym dobrze się ze sobą dogadują. Sprawy którymi się zajmują są skomplikowane i intrygujące. czytelnik jest naprawdę ciekawy jak to wszystko się rozwiąże. kto okaże się mordercą, czy poszczególne sprawy łączą się ze sobą czy jednak każda z nich jest odrębna. Jednak muszę postawić autorowi zarzut, że jednak - moim zdaniem, zaznaczam - intryga nie jest wiarygodna. Morderca musiałby posiadać ogromną wiedzę, jeszcze większe szczęście, być skrupulatnym i pedantycznym w niesamowitym stopniu i być genialnym psychologiem, żeby wszystko udało mu się tak jak w książce. Jeszcze w przypadku Naski jestem w stanie to zrozumieć, ale jeśli chodzi o innych? Nieco za bardzo to naciągane. Poza tym same pobudki mordercy nie są dla mnie do końca jasne. Niby na końcu znajdujemy pewne wyjaśnienie, ale.. No właśnie, nie do końca mnie to przekonuje. Mamy za to nawiązanie do sztuki Szekspira o tym samym tytule co liczę na plus. Lubię takie smaczki w książkach :) Poza tym mamy też nawiązania do Polski, co również mi się podobało. jakie? Przeczytajcie sami :P

Generalnie Sen nocy letniej jest książką dobrą, ale jednak ta intryga, którą stworzył autor mnie nie przekonała. Nie kupuję tego i już. Niemniej polubiłam bohaterów i nie wykluczam, że sięgnę po inne książki autora. Choćby tylko po to, aby zostać z nimi dłużej oraz przekonać się czy autor jest w stanie stworzyć bardziej wiarygodny mechanizm zbrodni.

A Wy? Czytaliście coś tego autora? Jakie macie spostrzeżenia?

Tytuł: Sen nocy letniej (En Midsommarnattsdröm)
Autor: Arne Dahl
Strony: 399
Wydawnictwo: Czarna Owca
Źródło: biblioteka

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Zupa-krem z zielonego groszku

Cześć!

Dziś będzie kulinarnie. Dopiero niedawno przyrządziłam pierwszy raz zupę z zielonego groszku, którą zmiksowałam i podałam z grzankami. Wyszła bardzo dobra, więc na pewno będzie jeszcze gościć na moim stole :) Oryginalny przepis, z którego korzystałam znajdziecie TU. Moja wersja jest taka:

- cebulka
- opakowanie mrożonego groszku (450 g)
- bulion warzywny (miałam na kostce)
- olej
- czosnek (w proszku), sól, pieprz
- śmietana
- ewentualnie sok z cytryny lub kwasek
Cebulkę kroimy, podsmażamy na oleju z czosnkiem, zalewamy bulionem. Gdy się zagotuje wrzucamy groszek i gotujemy do miękkości. Doprawiamy, dodajemy śmietankę i miksujemy. Ja podałam ją z grzankami ziołowymi, ale można dać groszek ptysiowy.

niedziela, 28 maja 2017

Droga - Cormac McCarthy



Cześć!

Od dawna nosiłam się z zamiarem przeczytania Drogi Cormaca McCarthy’ego. O autorze słyszałam, ale wcześniej nie miałam z nim styczności, natomiast o samej książce czytałam wiele dobrego. Na dodatek autor dostał za nią nagrodę Pulitzera. Musiałam po nią sięgnąć prędzej czy później, choć – przyznaję – trochę odwlekałam ten moment ze względu na to, iż trochę się jej bałam.
Fabuła jest prosta. Oto ojciec i syn, których imion nawet nie poznajemy, wędrują przez spustoszony kraj, na południe, gdzie może będzie cieplej, lepiej… Jakiś kataklizm zniszczył praktycznie życie na ziemi. Jaki? Tego się nie dowiadujemy. Wiemy natomiast, że zniknęły gdzieś wszystkie zwierzęta, ptaki, ryby… Wszystko jest szare, spopielone, wymarłe. Ocalała tylko garstka ludzi. Sytuacja kryzysowa sprawiła, że wielu ludzi spośród ocalonych zatraciło swoje człowieczeństwo. Po drogach wałęsają się uzbrojone bandy, liczne są przypadki kanibalizmu. Pośród tego nieprzyjaznego świata wędruje nasza dwójka. Mężczyzna jest chory, kaszle, pluje krwią, ale przy życiu trzyma go miłość do syna. Czy dotrą na południe, czy uda im się przetrwać? Co czeka ich na krańcu drogi?

Pomimo poruszonej tematyki Drogę czyta się zaskakująco dobrze i płynnie. Język jest przyjemny, staranny, zwłaszcza przy opisach, dialogi nieco kuleją, ale o czym można rozmawiać po kilku latach w pustce. Chłopiec nie zna innego świata, zna tylko wędrówkę. Jego matka nie wytrzymała takiego życia i uciekła w śmierć. Mężczyzna kocha swoje dziecko, zrobi wszystko by je ochronić, a jednocześnie nie chce pozbyć się swego człowieczeństwa. Tylko czy jest to możliwe w świecie, gdzie nie ma nic? Gdzie rządzi prawo silniejszego?

Droga to powieść dość depresyjna. Niektóre opisy były bardzo drastyczne, chwała autorowi za to, że nie rozwodził się nad nimi szczegółowo, bo chyba nie dałabym rady tego przeczytać. Ciężko czytało mi się opisy wychudzenia chłopca, tego jak głodował, jak płakał… Dorosłych też mi szkoda, ale jak cierpią dzieci… Ciężko to znieść. Mimo wszystko myślałam, że Droga bardziej mnie – wybaczcie kolokwializm – zmasakruje emocjonalnie. Co prawda nie obyło się bez łez (zakończenie), ale myślałam, że będzie gorzej. Niemniej wizja autora jest przerażająca. Mam nadzieję, że nigdy do czegoś takiego nie dojdzie, choć patrząc na sposób w jaki gospodarujemy zasobami ziemi to wszystko jest możliwe. Co prawda nie wiemy, czy katastrofa jaka splądrowała ziemi była naturalna czy wywołana przez człowieka, niemniej skłania do zastanowienia się nad przyszłością naszej planety.

Generalnie to dobra książka, ale dla kogoś, kto takiej literatury szuka. Nie każdy się nią zachwyci. Ja jestem gdzieś pośrodku. Zachwytu nie było, ale też nie żałuję czasu z nią spędzonego.

Tytuł: Droga (The Road)
Autor: Cormac McCarthy
Strony: 267
Wydawnictwo Literackie
Źródło: Biblioteka

środa, 24 maja 2017

Zbieraczka migdałów – Simonetta Angello Hornby



Cześć!

Korzystając z tego, że net chwilowo jest wrzucam post o książce, którą miałam ostatnio przyjemność czytać. Jak wspomniałam wcześniej, przy którymś z poprzednich wpisów, marzy mi się podróż do Włoch. Na razie przenoszę się tam za pomocą książek. Tym razem wylądowałam na Sycylii razem z tytułową Zbieraczką migdałów.
Jest rok 1963 i właśnie umarła wieloletnia służąca, właściwie też administratorka sycylijskiej rodziny Alfallippe – Maria Rosalia Inzerillo, zwana Mennularą . Pomimo pewnej niechęci ze strony dorosłych dzieci państwa, które uważały, że ich okradała, była ostoją rodziny. Tak naprawdę, bez niej ich majątek dawno by stopniał, a zadłużenie doprowadziłoby Alfallipów do ruiny. Naiwet po swej śmierci zarządza rodziną, której służyła. Zostawia instrukcje, których ścisłe wykonanie miało spowodować, że rodzina dostanie spadek. Jednak niechęć państwa do słuchania „sługi” oraz ich upór i pycha sprawiły, że nie stosują się do poleceń Mennulary. Spadek zdaje się oddalać, jednak rodzina jest chciwa i nie daje za wygraną. Również w miasteczku wrze od plotek. Jedni nazywali Mennύ świętą, inni ją przeklinali. Kim naprawdę była ta z pozoru prosta kobieta, która nikogo nie pozostawiła obojętnym? Kim była kobieta, na której pogrzebie pojawił się sam szef mafii? 

Simonetta Angello Hornby stworzyła niezwykle ciekawą i złożoną postać kobiecą. Stopniowo, krok po kroku, śledząc rozmowy mieszkańców miasteczka oraz zachowanie rodziny Alfallipów, poznajemy losy tej niezwykłej kobiety. Z pozoru niewykształcona chłopka, w rzeczywistości bardzo bystra, inteligentna kobieta, szybko ucząca się rzeczy, które ją ciekawiły. Do tego twarda i mądra. Pokrzywdzona przez los, drażliwa i apodyktyczna, ale nie uskarżająca się na swoje życie. Potrafiła być wredna, potrafiła też darzyć uczuciem. Jednym słowem kobieta tajemnicza, pełna sprzeczności.  

Rodzina Alfallipów została potraktowana dość oschle przez autorkę.  Na wierzch wychodzi głupota i małostkowość „państwa”, którzy bez swojej służącej zostaliby z niczym, a co najwyżej z długami. Za swoje niepowodzenia zaś chętnie obarczali innych. Znamienną sceną jest obraz, w której wściekli domownicy rozbijają w drobny mak kolekcję ojca. Na uwagę zasługują też inne postacie, potraktowane z mniejszą lub większą uwagą, jak np. doktor Mendicὁ czy ksiądz Arena.

W Zbieraczce migdałów odnajdujemy ciekawy obraz sycylijskiego miasteczka lat sześćdziesiątych. Poznajemy całą galerię postaci, bierzemy udział w plotkach i życiu miasteczka, przy okazji rozwiązując tajemnicę Mennulary. Uważam, że całość prezentuje się bardzo zgrabnie i ciekawie. Aż chciałoby się pojechać do Roccacolomby i poczuć ten klimat. Poplotkować na portierni pałacu Ceffalia czy wstąpić do klubu dyskusyjnego. Za oddanie klimatu sycylijskiej społeczności dałabym autorce piątkę. 

Dla tych jednak, którzy oczekują wartkiej akcji, z krwawymi mafijnymi porachunkami, mogą być nieco zawiedzeni. Owszem, mamy mafię, mamy tajemnicę, mamy ostrzeżenia dla niewygodnych ludzi, jednak wszystko dzieje się leniwie, a tajemnice podsłuchując niespieszne rozmowy bohaterów. Ja w każdym razie byłam bardzo zadowolona z lektury. Tym bardziej, że lubię odkrywać mało znane perełki.

Tytuł: Zbieraczka migdałów (La Mennulara)
Autor: Simonetta Angello Hornby
Stron: 249
Wydawnictwo Literackie MUZA SA
Źródło: Biblioteka

niedziela, 21 maja 2017

Kilka słów

Cześć!

Dawno mnie tu nie było i nie wiem, kiedy ten stan minie, dlatego spieszę się wytłumaczyć. Otóż! Mam problem z internetem. Teoretycznie jest, a w praktyce go nie ma. Nasz dostawca na razie jest zaś nieuchwytny (może ma urlop...). W związku z tym nie mogę nic pisać, czytać ani komentować. Nawet jak uda mi się otworzyć jakąś stronę, to żeby z niej przejść do następnej nie ma większych szans. Dziś korzystam z wizyty u rodziców, żeby napisać te kilka słów. Mam nadzieję, że te problemy z netem są chwilowe i wkrótce uda mi się wrócić. 
Źródło: Pixaby
 
Na razie ślę Wam wszystkim serdeczności!

sobota, 13 maja 2017

Ziemniaki w sosie pomidorowym

Cześć!

Dziś będzie kolejny przepis na niebanalne, ale bardzo dobre i proste danie :) Tym razem w roli głównej ziemniaki w stylu hiszpańskiego dania patatas bravas. Oryginalny przepis TUTAJ. Moja wersja jest taka:
- ziemniaki (w zależności od ilości osób)
- mała cebula
- przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku lub czosnek w proszku
- puszka krojonych pomidorów
- słodka i ostra papryka
- kabanosy
- ewentualnie sól i pieprz
Ziemniaki ugotować w wodzie z solą, pokroić w kostkę i podsmażyć. Cebulę pokroić, zeszklić z czosnkiem, dodać pomidory i dusić razem, aż sos zgęstnieje. Dodać przyprawy i pokrojone, podsmażone kabanosy. Na talerz wyłożyć gorące ziemniaki, na wierzch wyłożyć sosik.

środa, 10 maja 2017

Ostatni - Andrzej Wronka



Cześć!

Po zgoła innych powieściach przyszedł czas na s-f! Jak już wspomniałam kilka razy – nie jestem fanką tego gatunku, ale powoli, poznając kolejne teksty, zaczynam się do niego przekonywać. Ostatnio wpadła mi w łapki debiutancka książka Ostatni Andrzeja Wronki. Debiut i na dodatek s-f… Niepewnie sięgnęłam po tę publikację :)
W książce znajdziemy cztery mniej lub bardziej rozbudowane opowiadania. W pierwszym opowiadaniu Oczy poznajemy młodego programistę Witka Tkacza, który w wyniku wypadku stracił wzrok. Na rynku są jednak dostępne soczewki, które łącząc się bezpośrednio z korą mózgową pozwalają widzieć, a nawet korzystać z szeregu funkcji niedostępnych zwykłemu obywatelowi np. podczerwień, ultrafiolet oraz wielu innych. Dzięki nim Witek mógł znowu widzieć. Czy jednak można w 100 % polegać na technologii?

Szczury to z kolei opowiadanie podzielone na kilka krótkich rozdzialików, coś jakby mini-powieść w zbiorku. To klasyczna space opera, gdzie ludzie wyruszyli na podbój kosmosu. Ziemia jako miejsce do życie nie była już tak dogodna. Nasza planeta szybko dążyła ku samozagładzie, a przyczyniły się do tego wojny, walka o władzę i wpływy oraz bezmyślne korzystanie z zasobów naturalnych. Udało się odnaleźć planetę o nieco podobnym do ziemi klimacie, gdzie ludzie mogli się osiedlać. Okazało się, że planetę zamieszkują inteligentne istoty, Rh-alowie. Czy ludziom i tubylcom uda się koegzystować w zgodzie?

Epitafium z kolei opowiada historię człowieka, który 150 lat wcześniej zginął w wyniku wypadku, teraz jednak został przywrócony do życia. Jednak to co zastał w przyszłości napełniło go rozczarowaniem. Wszechobecna sieć mająca dostęp do niemal każdego skrawka życia przywodziła mi na myśl Na fali szoku Brunnera. Dość niepokojąca wizja.

Ostatnie i zarazem najkrótsze opowiadanie to Interfejs, który był dla mnie najtrudniejszy w odbiorze. Istota, niegdyś nazywana człowiekiem podąża przez Kosmos, aby dotrzeć do Początku. Mnogość fizycznych terminów przyprawiała mnie nieraz o zakłopotanie :) 

Jak wspomniałam wyżej trochę bałam się tej książki, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Opowiadania bardzo mi się podobały. Najlepsze moim zdaniem były Szczury i Epitafium. Przyznam, że autor dość pesymistycznie postrzega kierunek w jakim dążymy jako społeczeństwo. W wizji Wronki ludzie prędzej czy później doprowadzą do zagłady naszej planety. A wszystko to z głupoty, chciwości, bezmyślności. Autor zwraca też uwagę na problem zbytniej technologizacji świata. Oby nigdy nie doszło do tego, że człowiek nie będzie już człowiekiem w ścisłym znaczeniu tego słowa. W Ostatnim nie znajdziemy wiary w człowieka i jego rozsądek. Widać to bardzo dobrze w Szczurach (nie napiszę więcej, aby nie spojlerować). Przyszłość rysuje się w ponurych barwach.

Jeśli chodzi o styl autora, to czytając pierwsze zdania Oczu przyszedł mi na myśl Pilipiuk (ale to tylko na początku). W momentach, gdy autor pomija szczegóły techniczne i fizyczne jest on przyjemny i dość prosty, by po chwili przejść w trudniejszą w odbiorze specjalistyczną terminologię. Dzięki temu w przerwach między wytężaniem umysłu można było się nieco odprężyć. Literatura s-f ma to do siebie, że jest ciężka w odbiorze, dlatego doceniam te przerwy. Można by ten styl jeszcze nieco dopieścić, ale jak na debiut i tak jest dobrze.

Ogólnie mówiąc Ostatni to debiut wart uwagi. Z przyjemnością będę śledzić dalsze teksty Wronki, bo widać, że chłopak ma potencjał :)

Tytuł: Ostatni
Autor: Andrzej Wronka
Strony: 168
Wydawnictwo: Ridero
Źródło: od autora - dzięki!

poniedziałek, 8 maja 2017

Zaczarowany kwiecień - Elizabeth von Arnim



Cześć!

Odkąd przeczytałam na blogu Miasto książek o Zaczarowanym kwietniu Elizabeth von Arnim miałam wielką ochotę ją przeczytać. Teraz miałam okazję po nią sięgnąć, bo pasuje mi do wyzwania Wiedźmy :) Gdyby nie to pewnie dalej odciągałabym lekturę. Wcześniej miałam do czynienia z autorką i jej Elizabethi jej ogród. Byłam ciekawa czy druga z książek też przypadnie mi do gustu.
Poznajemy młodą, zahukaną panią Wilkins. Tkwi w niezbyt udanym małżeństwie, jest szarą myszką i generalnie nie jest szczęśliwa. Podczas jednego z jej szarych monotonnych dni zauważa w gazecie ogłoszenie o możliwości wynajęcia zamku we Włoszech na cały kwiecień. Ten pomysł zawładnął nią do tego stopnia, że przekonała dopiero co poznaną znajomą, aby jej towarzyszyła. Razem z panią Arbuthnot w celu obniżenia kosztów zabierają ze sobą jeszcze dwie inne kobiety, zostawiają mężów i wyruszają na podbój Włoch. Atmosfera w San Salvatore, na początku sztywna, sprawia jednak, że każda z pań w ten czy inny sposób zmienia się. Pani Wilkins twierdzi, że w tym starym zamku nie można nie odczuwać miłości.

Każda z pań jest inna. Pani Wilkins, z dala od męża i szarej Anglii wreszcie się odpręża i staje się bardziej pewna siebie. Pani Arbuthnot odkrywa czego tak naprawdę najbardziej pragnie, a czego nie dało jej dotychczasowe cnotliwe życie. Pani Fisher pod warstwą rezerwy i pogardy dla młodych ludzi ukrywa zupełnie inną osobę, które pod wpływem Włoch i towarzyszy zaczyna dobijać się na zewnątrz. A lady Caroline, zwana Klejnocikiem, chce wreszcie przemyśleć swoje życie i postanowić co dalej. Pomimo pewnej monotonii ich dni, te wakacje zrobią dla pań wiele dobrego. Pomogą odzyskać równowagę ducha, a także znaleźć lub odkryć co naprawdę jest w życiu ważne.

Pomimo pewnej staroświeckiej otoczki (a może właśnie dzięki niej) Zaczarowany kwiecień okazał się książką uroczą. Choć nie każde rozwiązanie jakie przyjęła autorka mi się podobało to jednak takie jest życie, niestety… Pomimo to powieść jest dla mnie hymnem na temat miłości. A głównym jej przesłaniem jest to, że patrząc na drugą osobę przez pryzmat miłości dostrzegamy jej piękno, nawet pomimo mankamentów.  I to jest moim zdaniem wspaniałe.

Nie polecę tej powieści wszystkim, bo czuję, że nie każdego zachwyci, ale jeśli lubicie taką troszkę trącącą myszką, staroświecką literaturę to się nie zawiedziecie :)