Cześć!
Odkąd przeczytałam na blogu Miasto książek o Zaczarowanym
kwietniu Elizabeth von Arnim miałam wielką ochotę ją przeczytać. Teraz miałam
okazję po nią sięgnąć, bo pasuje mi do wyzwania Wiedźmy :) Gdyby nie to pewnie
dalej odciągałabym lekturę. Wcześniej miałam do czynienia z autorką i jej Elizabethi jej ogród. Byłam ciekawa czy druga z książek też przypadnie mi do gustu.
Poznajemy młodą, zahukaną panią Wilkins. Tkwi w niezbyt
udanym małżeństwie, jest szarą myszką i generalnie nie jest szczęśliwa. Podczas
jednego z jej szarych monotonnych dni zauważa w gazecie ogłoszenie o możliwości
wynajęcia zamku we Włoszech na cały kwiecień. Ten pomysł zawładnął nią do tego
stopnia, że przekonała dopiero co poznaną znajomą, aby jej towarzyszyła. Razem
z panią Arbuthnot w celu obniżenia kosztów zabierają ze sobą jeszcze dwie inne
kobiety, zostawiają mężów i wyruszają na podbój Włoch. Atmosfera w San
Salvatore, na początku sztywna, sprawia jednak, że każda z pań w ten czy inny
sposób zmienia się. Pani Wilkins twierdzi, że w tym starym zamku nie można nie
odczuwać miłości.
Każda z pań jest inna. Pani Wilkins, z dala od męża i szarej
Anglii wreszcie się odpręża i staje się bardziej pewna siebie. Pani Arbuthnot odkrywa
czego tak naprawdę najbardziej pragnie, a czego nie dało jej dotychczasowe
cnotliwe życie. Pani Fisher pod warstwą rezerwy i pogardy dla młodych ludzi
ukrywa zupełnie inną osobę, które pod wpływem Włoch i towarzyszy zaczyna
dobijać się na zewnątrz. A lady Caroline, zwana Klejnocikiem, chce wreszcie
przemyśleć swoje życie i postanowić co dalej. Pomimo pewnej monotonii ich dni,
te wakacje zrobią dla pań wiele dobrego. Pomogą odzyskać równowagę ducha, a
także znaleźć lub odkryć co naprawdę jest w życiu ważne.
Pomimo pewnej staroświeckiej otoczki (a może właśnie dzięki
niej) Zaczarowany kwiecień okazał się książką uroczą. Choć nie każde
rozwiązanie jakie przyjęła autorka mi się podobało to jednak takie jest życie,
niestety… Pomimo to powieść jest dla mnie hymnem na temat miłości. A głównym
jej przesłaniem jest to, że patrząc na drugą osobę przez pryzmat miłości
dostrzegamy jej piękno, nawet pomimo mankamentów. I to jest moim zdaniem wspaniałe.
Nie polecę tej powieści wszystkim, bo czuję, że nie każdego
zachwyci, ale jeśli lubicie taką troszkę trącącą myszką, staroświecką
literaturę to się nie zawiedziecie :)
Hymn na temat miłości. To brzmi interesująco.
OdpowiedzUsuńPrzynajmniej ja to tak odebrałam :)
UsuńDziękuję za polecenie. Przyznam, że nie słyszałam o tej książce, a idealnie wpisuje się w moje klimaty. Zapisuję tytuł na liście do przeczytania.
OdpowiedzUsuńCieszę się :)
UsuńOj raczej nie moje klimaty, nie dość ze historia miłosna to jeszcze tracąca myszka. Myśle ze jest zbyt dużo takich książek już na rynku . Jednak jestem pod wrażeniem Twojej recenzji. Na pewno miłośnicy gatunku sięgną po te pozycje . Blog obserwuje i zapraszam tez do siebie
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Czytankanadobranoc.blogspot.ie
Zależy kto co lubi :)
UsuńNa pewno do ciebie zajrzę :)
Ja czytałam "Elizabeth i jej ogród" i książka mi się podobała, więc może i na tę się skuszę ;)
OdpowiedzUsuńSkuś się :) Ta jest trochę inna od "Ogrodu", ale też fajna :)
UsuńChyba nie moje klimaty ale kto wie? Może kiedyś?
OdpowiedzUsuńJak masz chęć to spróbuj :)
UsuńWpisuję książkę na listę, chętnie przeczytam :)
OdpowiedzUsuńCieszę się :)
Usuń